Amphawa Floating Market Bangkok

Bangkok ma taką ciekawą cechę, jak do niego przyjedziesz, że wszystkiego jest trochę za dużo. Za dużo ludzi, za dużo knajp, za dużo betonu, za dużo spalin, za dużo aromatów, za dużo wszystkiego i niczego zarazem.

Bangkok nie ma jednego centrum, ma dziesiątki, jak nie setki centrów. W każdym jego fragmencie można się zgubić. Można go nie polubić, a można popaść w niewyjaśnioną miłość do tego miejsca. W moim osobistym rankingu jest gdzieś pomiędzy „kocham i nienawidzę” jednocześnie. 

Najbardziej zanieczyszczone miasto na świecie

Przywarła do niego łatka jednego z najbardziej zasmrodzonych miast świata. Nie ma w tym nic dziwnego: wszechobecne samochody spalinowe, motocykle, skutery, tuk tuki, a nawet tramwaj rzeczny — wydalają tony CO2 w skali roku. Jeśli przylatujecie do Bangkoku z nadmorskich miejscowości, to od razu poczujecie różnicę. Po całym dniu chodzenia po mieście będziecie zmywać z siebie brud, który odkleja się od zanieczyszczonych cząsteczek i przedostaje wraz z potem do organizmu. Bo musicie wiedzieć, że Bangkok to też miasto o najwyższym światowym wskaźniku stałej, wysokiej temperatury w skali roku. Słowem, bywa nieznośnie.

Dlatego warto:

  • ubrać się lekko, w lniane ciuchy,
  • koniecznie pokryć ciało kremem przeciwsłonecznym (miasto niesamowicie przyciąga słońce),
  • mieć ze sobą wachlarz albo miniwentylatorek (to żałosne, ale żałowałam, że go nie mam),
  • zainwestować w parasol (mniej na deszcz, bardziej w poszukiwaniu cienia).

Tak wyekwipowani możecie spokojnie podbijać zakamarki Bangkoku. Nie da się go zwiedzić w 1, 3, czy 10 dni. Posiada on tak wiele zakątków, że nie ogarniecie kuwety. Nasz znajomy, który mieszka tam 4 lata i wciąż odkrywa nowe miejsca. Zresztą, miasto dynamicznie się zmienia.

Można je jako turysta zwiedzać na wiele sposobów:

  • tuk tukami (gdzie zostaniecie orżnięci na jakieś grube 20 złotych, ale warto chociaż raz skorzystać z tej formy transportu),
  • taksówkami (opłaca się tylko do i z lotniska),
  • GrabCarem (i jego milionem wersji, w tym opcją motorynki, polecam),
  • autobusami (można, ale po co?),
  • busikami (jw.),
  • rowerami (nie polecam),
  • pieszo (nie polecam),
  • tramwajem rzecznym (polecam, jeden kurs kosztuje około 1,5 zł/15 bahtów),
  • taksówkami rzecznymi (jak mus!),
  • tratwami wycieczkowymi (nie polecam),
  • metrem (jak to metro),
  • kolejką naziemną (SkyLine, analogicznie jak metro),
  • wypożyczonym samochodem (totalna bzdura).

I pewnie wieloma innymi opcjami, które nawet nie przyszły mi do głowy.

Co zobaczyć w Bangkoku? 

Mając na to ograniczoną liczbę godzin, dni lub tygodni? Oto krótka lista moich osobistych TOP 10.

Przepłyń się rzeką Menam

Oczywiście nie wpław (rzeka jest tak brudna, że pewnie z miejsca można zamienić się w Jokera z uniwersum DC). Tutaj właśnie wynajmuje się różne rzeczne usługi, w tym tramwaje rzeczne. Taki tramwaj dla niektórych może być dość traumatyczną chwilą, a dla innych całkiem przyjemną.

Proces złapania „tramwaju” jest dość prosty. Przychodzisz na przystanek oznaczony właściwym kolorem (polecam linię pomarańczową, która zatrzymuje się przy większości atrakcji turystycznych w BKK), płacisz 15 bahtów, czyli odpowiednik 1,5 zł i wsiadasz na pokład. Jednak, przy załadunku i wyładunku osób jest ogromny rozgardiasz. Ludzie się pchają, jest głośno, operatorzy promu krzyczą na siebie, trwa szamotanina silnika z prądem obrzydliwie brudnej rzeki. Następuje głośny świst motorniczego i tramwaj rusza. Ludzie najczęściej jadą w komfortowej pozycji „na sardynkę”, jednak widoki rekompensują wszelakie niewygody.

Nowoczesne wieżowce przeplatające się z tradycyjną zabudową i świątynne dachy zobaczycie tylko z tej perspektywy. Osoby odpowiedzialne za barkę niespecjalnie przejmują się jej przeładowaniem, czy tym ile spalin wpuszczają do rzeki. Dla nich to zarobek, a dla podróżników i miejscowych — tani sposób na znalezienie się szybko gdzieś indziej. Mieszkańcy Bangkoku uważają tramwaj rzeczny za najbardziej efektywny środek transportu miejskiego. 

Wejście: ok 1,5 zł

Rzeka Menam
Taksówka rzeczna
Widok na świątynie
Pamiętajcie, że mnisi mają specjalne przywileje i należy ustępować im miejsca!

Świątynia Świtu – Wat Arun

To jeden z pierwszych przystanków na trasie pomarańczowej linii tramwaju rzecznego. Nie jestem fanką świątyń, ale z przyjemnością zwiedzałam tajską Świątynię Świtu. Nazywany „symbolem Bangkoku” kompleks klasztorno-świątynny, składa się z pięciu prangów (czyli wież). Główny prang, mierzący 104 metry, otoczony jest czterema mniejszymi wieżami o ok. 85 metrach wysokości.

Całość symetrycznej konstrukcji zdobią potłuczone porcelanowe spodki lub talerze, które przed wiekami stanowiły balast statków kursujących pomiędzy Królestwem Tajlandii (Ayutthayi) a Cesarstwem Chińskim. Najlepiej zwiedzać to miejsce o świcie lub tuż przed zmierzchem. My jednak nie mieliśmy takiej okazji. 

Wejście: ok. 5 zł

Świątynia Leżącego Buddy – Wat Pho

Jak wspomniałam wcześniej, świątynia to nie moja bajka, ale nie zobaczyć mierzącego 46 metrów długości i 15 metrów wysokości Buddy to byłoby czyste świętokradztwo. Przed wejściem do sali, w której znajduje się posąg należy zdjąć buty — co w przypadku tradycji buddyjskiej jest naturalne i nikogo nie dziwi. Wewnątrz panuje koszmarny gwar, a ludzie przeciskają się do zdjęć. Zdecydowanie nie jest to mój ulubiony sposób zwiedzania, ale jeśli to wam nie przeszkadza, to warto wejść, choćby po to, by odkryć, że Budda nie miał tyłka 😉

Innym powodem jest sam kompleks świątynny, który sam w sobie robi ogromne wrażenie i mi podobał się znacznie bardziej od Wat Arun.

Wejście: ok. 10-15 zł

Leżący Budda
Świątynia Świtu

Khao San Road

Backpackerskie centrum Bangkoku i jednocześnie główna imprezownia. Znajdziecie tutaj wszystko to, co znacie ze skojarzenia z piosenką „One night in Bangkok”. Od narkotyków, prostytutek, kasyna, walki bokserskie, przez ladyboys i imprezę elektroniczną zwieńczoną pingpong show. Natomiast wszystko to znajduje się pod przypudrowaną wersją stolicy tajskiego backpackingu. Oprócz tego znajdziecie w tym miejscu także pyszne i tanie jedzenie, salony masażu (te z happy endem też, niestety, Tajlandia ukrywa swój kolejny syf, jakim jest seksturystyka) i dużo fajnej, normalnej rozrywki. Poznacie tutaj mnóstwo fajnych ludzi, z którymi możecie wyruszyć w dalszą drogę, albo posłuchać o tym, gdzie już byli i co widzieli. Khao San Road to skarbnica wszystkiego, co najlepsze i najgorsze zarazem.

Wejście: darmowe

Chinatown z prawdziwego zdarzenia

W Bangkoku znajdziecie też największe Chinatown na świecie. Jest olbrzymie, chaotyczne i dość przerażające. Co jednak robi ogromne wrażenie to to, jak sklepy wraz ze znikającym słońcem zamieniają się w street foodowe perełki, a miasto rozświetlają setki tysiące neonów. Chińczycy w tej części świata stali się też mistrzami optymalizacji przestrzeni…

My mieliśmy przyjemność zjeść w jednym z miejsc, które pojawiły się wraz z zachodem słońca. Kucharze dokładnie przy nas rozstawili cały sprzęt: butle z gazem i woki i zaczęli pichcić. To był najlepszy sos pieprzowy w moim życiu. 

Wejście: darmowe

Odwiedź kwiatowy market

Niby nic specjalnego, ale zauważycie niezwykłą feerię barw i zapachów. Jednocześnie będziecie mogli kupić naprawdę świeże owoce, które również sprzedawane są na kwiatowym markecie na każdym kroku. Jeżeli chcielibyście złożyć ofiarę, w którejś ze świątyń to zakupienie gotowego wieńca kwietnego na tym markecie jest doskonałym pomysłem!

Wejście: darmowe

Pałac królewski i ogrody książęce

Bycie w Bangkoku i niezajrzenie do pałacu królewskiego to niemalże skandal. Nam nie udało się wejść niestety na teren samego pałacu, ponieważ odbywała się tam jakaś impreza rodziny królewskiej. A kiedy już otwarto bramy, to logistycznie przerosło nas stanie w ogromnej kolejce, w 35-stopniowym upale.

W zamian za to udaliśmy się do pobliskiego parku, w którym obecny król, jeszcze, gdy był „tylko” księciem, spędzał dużo czasu. Jest tam bardzo ładnie i po raz pierwszy poczułam się dobrze z powietrzem w Bangkoku. Zresztą, władze metropolii inwestują teraz coraz bardziej w parki miejskie, by oczyszczać miasto także dzięki naturalnym metodom, czyli roślinności.

Wejście: ok 30 zł

Railway i Floating market

Jeśli macie dużo czasu w Bangkoku to udajcie się na podmiejski market pływający – Damnoen Saduak. Jest on bardzo turystyczny i może wam nie przypaść do gustu, ale oddaje w pewnym stopniu klimat oryginalnych pływających marketów. Jeśli jednak macie mniej czasu, ale chcecie zobaczyć kilka atrakcji, to poświęćcie nawet cały dzień, by wyjechać poza miasto i zaliczyć dwa markety za jednym razem: railway i floating. Pierwszy to taki, który znamy głównie z opowieści o Wietnamie, gdzie ludzie rozkładają swoje towary na torach i chowają je z nadjeżdżającym pociągiem.

Identyczny znajdziecie nieopodal Bangkoku, a tuż za nim Amphawa Floating Market — oryginalny, nieturystyczny market pływający, gdzie zjecie tradycyjne potrawy tego regionu i mnóstwo innych dziwnych rzeczy (zupa ze świńskich wnętrzności, albo jakieś dziwne pancerniki). Więcej o tym miejscu i tym jak się tam dostać będzie w osobnym poście, bo to skomplikowana wyprawa (czytaj o najbardziej odjechanych marketach w Bangkoku). Nie mniej jednak — warto poświęcić mu cały dzień!

Wejście darmowe, trzeba zapłacić za transport.

Chatuchak market

Mam wrażenie, że zapraszam was na same markety. Jednak na poprzednich mogliście uczestniczyć w życiu i kulturze Tajów, a na Chatuchaku… możecie puścić wodze fantazji i kupić wspaniałe pamiątki oraz najdziwniejsze rzeczy. Od kaset z Backstreet Boys (WTF?) przez pachnące mydełka, ręcznie tkane chusty czy przyprawy, po rękodzieło w postaci wielkiej rzeźby Predatora z filmów. Okropne miejsce na upały, najgorsze, jeśli macie mało pieniędzy w portfelu, najstraszniejsze, jeśli nienawidzicie ścisku i ludzi. Najlepsze na kupowanie pamiątek i prezentów. Za bezcen można tam kupić niemal wszystko. Ważne, przed przyjazdem sprawdźcie, czy market jest czynny. Jeśli się nie mylę, to otwierają go tylko w niedziele.

Wejście: darmowe, gorzej z wyjściem.

Dom Jima Thompsona

To miejsce zdecydowanie inne od buddyjskich świątyń i marketów. Dom zbudowany przez tajemniczo zaginionego biznesmena i byłego żołnierza amerykańskiego w Bangkoku, to prawdziwa gratka dla tych, którzy szukają autentyczności i pewnych historycznych uzasadnień, dlaczego stolica Tajlandii i sam kraj zmienił się tak bardzo. Tutaj dowiecie się wiele o jedwabiu i jedwabnym szlaku oraz o architekturze dawnego Bangkoku. Jeśli skorzystacie z restauracji to macie okazję skosztować najciekawszych regionalnych dań, podanych w wymyślny sposób. Tutaj dowiecie się więcej o tradycyjnej kuchni tajskiej.

Wejście: 15 zł, restauracja: droga.

Gdzie spać w Bangkoku?

W Bangkoku znajdziecie noclegi bardzo tanie, ekstremalnie drogie i takie w sam raz. My skusiliśmy się tutaj na hostel iSanook, który polecili nam znajomi. Warto wiedzieć, że znajduje się on w wyremontowanym budynku, a wewnątrz wszystko jest świeże i nowe. Bez zarzutu działa też internet oraz siatka przewodników-wolontariuszy. Prysznice są super czyste, a obsługa tylko czasem nie zna angielskiego.

Poza tym do właściciela hostelu należy też sąsiadujący po drugiej stronie ekskluzywny hotel i apartamenty iSanook wraz z restauracją, do której zniżkę mają także goście hostelu. Jeśli jesteście w Azji już dość długo i macie dość pad thai’a na śniadanie to właśnie w iSanook Restaurant zjecie pyszne europejskie śniadania.

Aha, i jeszcze jedno na koniec. Nie śmiejcie się z tego, że czasem coś im się pomyli, spróbujcie sami powiedzieć coś po tajsku! 😉

Literówki to standard 🙂

Inne wpisy z Tajlandii:

 

Więcej
Postów